Za nami pierwszy nocleg w Tajlandii. Noc w pociągu minęła spokojnie. W Chiang Mai mieliśmy być o 9:45, ale pociąg się troszkę spóżnił - jakieś 45 min. Dobrze, że dzień wcześniej zamówliśmy sobie śniadanko za 110 bht - tylko dlaczego oni ten sok mają taki słodki?
Dojechaliśmy na miejsce, tory się skończyły, więc chyba jesteśmy u celu.
Wysiadamy na dworcu i od razu uderzamy do TAT (Tourism Authority of Thailand), naszym celem jest wyprawa w głąb dzikiej tajskiej dżungli. Po kilkunastu minutach ostrej dyskusji decydujemy się na 3-dniowy trekking - całkowity koszt 2900 bht, w tym mieliśmy nocleg i taxi do S.K.GUEST HOUSE - miły kierowca opowiedział nam co można obejrzeć w mieście i jak bedzie wygladał nasz trekking no i najważniejsze - "dziś w mieście jedyna okazja muay thai" - kupujemy bilety po 600 bht, żeby mieć lepsze miejsca. Jeszcze na dworcu kupujemy bilety powrotne z Chiang Mai do Lop Buri za 566 bht.
Po szybkim prysznicu udajemy sie na miasto. Dzień przed naszym przyjazdem Tajlandia obchodziła swoje Walentynki czyli LOY KRATHON (wieczorem na wodzie puszczane są stroiki z kwiatów ze świeczka tzw. KRATHONGI), całe miasto pełne było kolorowych papierowych "świeczników", a szczególenie plac przed pomnikiem Trzech Króli. Obejrzeliśmy wszystkie najważniejsze miejsca polecane przez przewodniki czyli:
WAT CHEDOWAN
BRAMĘ THE PHAE
WAT CHEDI LUANG
WAT PHRA SING
W tej ostatniej świątyni największe wrażenie zrobiły na nas "akwaria" z mnichami w środku. Byliśmy pewni, że medytujący za szklaną szybą buddyjscy mnisi są żywi, do dzisiaj jednak nie wiemy, czy tak było rzeczywiście, czy byli po prostu z wosku, jak sugerował nam pózniej nasz przewodnik.
Zmęczeni zwiedzaniem postanowiliśmy coś zjeść. Pierwszą rzeczą jaką zaserwowała nam kelnerka był przenosńy wentylator postawiony przy naszym stoliku. Z nieznanych nam tutejszych dań Ja wybrałam ryż z kurczakiem z żółtym curry, a Paweł z czerwonym curry- to było nasze pierwsze zderzenie z prawdziwie ostrym tajskim jedzeniem. Na drugie danie dostaliśmy zupe (tajowie nie przestrzegają kolejności dań w posiłkach) tak polecana w przewodnikach TAM YUM VEGETARIAN - okazała się totalnym niewypałem. Po jedzeniu dopadł nas jetlag, jednym słowem musieliśmy przyciąć komara czy powitać Morfeusza. O 18:00 mieliśmy spotkanie z naszym przewodnikiem od trekkingu, na którym dostaliśmy liste niezbędników na naszą wyprawę, okazało sie, że brakuje nam kilku punktów, więc poczyniliśmy szybkie zakupy.
Wieczorem wzieliśmy szalonego tuk-tukowca i na 20:30 pojechaliśmy na tajski boks Muay Thai. Razem z Kasią byłyśmy wstrząśniete i zdegustowane pierwszą walką chłopców, tak na oko 9-latków. Chłopcy byli w swoim żywiole - lubią sportowe emocje i na legalu tłuc się po wszystkim w co tylko udało im sie trafić. Następne walki były już w cięższych kategoriach i nie wszystkim udawało sie dotrwać do końca.
W drodze powrotnej zachaczyliśmy jeszcze o o targ nocny. Poznajemy na własnej skórze zasadę, że jeżeli nie chcesz czegoś kupić to nawet nie pytaj o cenę i nie próbuj sie targować. Dużym nietaktem jest wynegocjować cenę (zazwyczaj jest to ok.30-40% ceny wyjściowej) i nie kupić towaru.