Całe szczęście noc nie była tak zimna jak poprzednia. Swoje zrobiły też dodatkowe koce. Marsz rozpoczynamy od przejścia przez wioske, a później już cały czas polami ryżowymi, natykając się co jakiś czas na tajskich farmerów zbierających ryż. Byliśmy dla nich chyba niezłą atrakcją, garstką dziwnych białych ludków, wyłaniających się z lasu i robiacych zdjęcia wszystkiego w koło.
W końcu docieramy do kolejnej wioski, tam już na nas czeka pickup. Nasz tajski przewodnik "po angielsku" ulotnił sie niepostrzeżenie. Już samochodem jedziemy na lunch, a z tamtąd do przystani z bambusowymi tratwami. Zajmujemy we czwórkę jedna z nich i jazda. Woda zimna i brudna, ale widoczki wszystko rekompensują. Po godzinie spływu jesteśmy już przy dolnej przystani i stąd już odjeżdzamy do S.K. House. Miła obsługa pozwoliła nam skorzystać jeszcze z darmowego prysznica.
O 21:00 odjeżdzamy do Lop Buri (co prawda pociąg miał już na starcie pół godziny opóźnienia). Ale za to mieliśmy okazję zobaczyć jak się w Tajlandii myje pociągi tzw. myjnia ręczna bezdotykowa :).
W pociągu "miłe" zaskoczenie - jedzonko jajka gotowane, smażone z ryżem - oj dziwne mają smaki w tej kuchni tajskiej. I nastepny nocleg w podróży....