Mieliśmy być w porcie wcześnie rano ok 5, budzimy się jest 7, a my nadal jedziemy. W autobusie nikt nie mówi po angielsku, jesteśmy troche zbici z tropu. Nagle autobus się zatrzymał i zaczęto wyrzucać nasze bagaże na pobocze. Ktoś powiedział, że łódź którą mieliśmy płynąć nie przypłyneła i teraz jedziemy do SURATHANI.
Czekaliśmy w "ichniejszym" zajeździe na kolejny autobus, a później na statek na Ko Samui i Ko Phangan, tam przesiadka na kolejny statek na Ko Tao. Zamiast być na 8-9 rano, byliśmy na 15, głodni i źli z przebiegu wypadków.
Wyspa tak jak pisali w przewodnikach jest głównie nastawiona pod turystów nurkujących. Ciężko było znaleść nocleg, nasz był wyjątkowo nietrafiony, w którym powiedzenie "karaluchy pod poduchy" miało dosłowny sens. Ogólnie okazało się, że nie jest tutaj najtaniej. A jeszcze w między czasie okazało się że nas okradli. Z Pawła plecaka wyciągneli jego okulary słoneczne i moje mp4. Wszystko to wpłynęło na decyzje, że chcemy stąd jutro wyjechać - kupiliśmy bilety na katamaran na Ko Samui po 550 bht ( to już z taxi do portu).