Rano śniadanko i ruszamy do portu. Okazuje się że nasz katamaran jest opóżniony 50 min. - tajlandzka komunikacja zawodzi - :( kolejny raz spóźnienie.
Dopływamy do Ko Samui. Już na statku ustaliliśmy, że chłopaki idą szukać noclegu, a my pilnujemy plecaków - z piwkiem w ręku (choć na początek wziełyśmy shake - bo w karcie nie było alkoholu). Chłopakom zajęły troche poszukiwania, ale były owocne - zamieszkaliśmy w bungalowie przy plaży Lamai Beach - Beer's House - godny polecenia (400bht za bungalow 2os.). Oczywiście wskoczyliśmy od razu do wody, była to nasza pierwsza kąpiel w tajlandzich wodach. Wieczorem okazało się, że w naszym guest housie mają też bardzo dobrą kuchnie. Zaryzykowaliśmy pierwszy raz owoce morza - pychota - nie ma jak świeże krewetki :)
Uderzyliśmy wieczorem na miasto i odkryliśmy tesco. Paweł nabył okulary.
Wieczorny "chiang" wszedł nam już w krew, a dziś dodatkowo posmakowaliśmy tajskiego wina.