Poranna kąpiel w morzu - ależ orzeźwia!!! Idziemy wymienić pieniądze i kupić kartki. Paweł wymyślił sobie, że pójdziemy kawałek dalej na kolejną plaże - to był koszmar - szliśmy drogą w najgorszy upał - ze mnie się lało. Jakoś dotarliśmy do Chawang Beach - okazała się troszkę szersza niż Lamai, z większą ilościa drogich hoteli. W drogę powrotną wzieliśmy już taxi - ufff.
Wieczorem wybieramy się do centrum. Jakiś naganiacz skusił nas do wejścia do knajpy z owocami morza i próbujemy ... Pierwsze idą na ruszt małże i ostrygi w sosie - palce lizać. Tylko Kasia nie była do końca przekonana. Jak to mówią w miare jedzenia apetyt rośnie - więc skusiliśmy się jeszcze na kraby :)
Tego wieczoru zawitaliśmy do klubu Zodiac, zachęceni przez piękne panie, będące żywą reklamą klubu. Było to niezłe doświadczenie jak się pózniej okazało, piękne panie wcale nie były paniami :), po wypiciu po małym changu i obejrzeniu jednego tańca drag queen opuściliśmy lokal, nie byliśmy jeszcze gotowi na dalsze emocje tego typu. Po odwiedzeniu jeszcze jednego klubu tradycyjnie lądujemy z piwkiem na plaży.