Po śniadanku wypożyczamy kajaki i wypływamy pozwiedzać dzikie plaże, bierzemy ze sobą również maski (kajaki - 100 bht, maska - 50 bht, mieliśmy zniżkę bo wszystko bierzemy z naszego bungalowa). Chcielismy dopłynąć do plaży małp, jednak okazała się zbyt odległa. Próbujemy snurkować, ale okazuje się, że rafa wyrasta aż pod samą powierzchnię błękitnej wody, a koralowce są tak bardzo ostre, że Piotrek rani się w nogę. Pozostaje nam tylko położyć się na kajak i tylko głowę zanurzyć pod wodę. WOW!!! Świat podwodny jest zachwycający. Rafa koralowa i pływające wśród niej kolorowe rybki i inne stworki przeszły nasze największe wyobrażenia. W pewnym momencie nawet zółwia można było dostrzec.
Po powrocie na ląd i szybkim wrzuceniu czegos na żołądek, wybraliśmy sie na zwiedzanie wyspy, bierzemy mape. Chcemy dotrzeć do pomnika tsunami i ogrodu japońskiego. No i znależliśmy piękne kwiatki... robimy fotki.... a pózniej okazuje sie, że jest to oczyszczalnia ścieków - ale wtopa. Szliśmy dość długo, ale ani pomnika ani ogrodu nie udało nam się już znaleźć, słońce zaszło i zdecydowaliśmy sie na powrót.
Po zmroku znów rozpoczęliśmy imprezkę czyli wiaderko raz, wiaderko dwa..... później z Kaśką chciałyśmy sobie coś kupić do odziania w okolicznych sklepach, które budzą się do życia dopiero przy blasku księżyca. Skusiły nas też stragany z tajskimi przysmakami, przyrządzanymi na ulicy - oj działo się, pancake, wątróbki z rożna, kiełbaski, sajgonki i inne dziwne rzeczy z grilla.... żadne smaki tego wieczoru nie były nam obce. Na plaży znów imprezka z ogniami, chciałyśmy udowodnic z Kasią, że umiemy skakać przez płonącą skakankę, a ogień na niej nie parzy, niestety poniesliśmy porażkę. Poparzone, z bólem poszłyśmy spać.